Mało co tak mnie w ostatnim czasie poraziło i przeraziło, jak apologetyczny artykuł o Józefie Becku. Rzecz w tym, że artykuł ten, pochwalający postrzeganie polityki jako „rzucania na stos” własnego państwa i narodu w imię abstrakcyjnych wartości, podpisany został nazwiskami dwóch byłych ministrów spraw zagranicznych RP i byłego przewodniczącego komisji spraw zagranicznych Sejmu. Gdyby te absurdalne zachwyty nad „człowiekiem, który mówił o honorze” powielane były przez publicystów, nawet przez historyków – pół biedy. Ale gdy czynią to ludzie, którym Polska powierzyła, i być może powierzy jeszcze kiedyś prowadzenie swych spraw na arenie międzynarodowej − po prostu włosy stają dęba na głowie.

 

Szanowni Panowie! Na litość boską, wartość przywódcy mierzy się skutkami jego działań, a nie patetycznymi gestami. Wódz zasługuje na szacunek, kiedy wygra bitwę. Niekiedy zasługuje nań także wtedy, gdy polegnie, ale to już nie zawsze − nikt przy zdrowych zmysłach nie pochwali Władysława Warneńczyka, który głupio dał się podpuścić do niepotrzebnej wojny, a potem jeszcze bardziej głupio rzucił się na pierwszą linię i dał zabić, co sprowadziło zagładę na całą jego armię. A cóż mówić o wodzach, którzy rzuciwszy żołnierzy na nieuniknioną rzeź, na przeciwnika wielokrotnie silniejszego, bez szansy na zwycięstwo, wiedząc, że ich klęska oznaczać będzie wydanie całego kraju, narodu, jego dziedzictwa i ludności na pastwę wroga − sami dożyli spokojnie żywota na emigracji?

 

Jóżef Beck nie zasłużyłby na szacunek nawet, gdyby II wojna światowa jakimś cudem nie wybuchła. Od samego początku prowadził politykę mocarstwową, nie będąc szefem dyplomacji mocarstwa. Innymi słowy, uprawiał zwykłą tromtadrację, a nie politykę; nic dla Polski w ten sposób nie ugrał, wszystkich zdołał zrazić. A ostatecznie wraz z przyjaciółmi z obozu Sanacji zaplątał się we własną propagandę i aby nie stracić twarzy, pchnął kraj do wojny, która wygrana być nie mogła.

 

Najpierw nadskakiwał Hitlerowi, upewniając go, że w zasadzie co do sojuszu jest zgoda, tylko targujemy się o pewne szczegóły. Potem zdecydował się na zmianę frontu i przyjęcie „gwarancji” brytyjskich, które niczego nie gwarantowały, bo Anglicy, choćby nawet chcieli nam pomóc (a nie zamierzali) nie dysponowali wojskiem zdolnym interweniować na kontynencie, Francuzi zaś nie byli fizycznie zdolni wychylić się zza umocnień linii Maginota. Dla każdego na miejscu Becka powinno być oczywiste, że Anglia z Francją, kompletnie nieprzygotowane do wojny, po fiasku polityki „ugłaskiwania” Hitlera postanowiły po prostu pchnąć go na wschód, żeby zyskać na czasie dla przygotowania obrony. I że tak naprawdę liczyły na starcie Niemiec z sowiecką Rosją, w którym Polska miała być dla nich mało istotnym elementem − czego można było się domyślić z faktu, iż Brytyjczycy stanowczo odmówili „gwarantowania” naszej granicy wschodniej. Piszą apologeci, że „polityka Becka nie mogła zapobiec wojnie, ale spowodowała jej umiędzynarodowienie”. Cóż za nonsens! Czy ktokolwiek sądzi, że rozwiązawszy, w ten czy inny sposób, sprawy na wschodzie, nie poszedłby Hitler na Francję?! Przecież rewizja Wersalu była jego głównym, oczywistym celem!  

 

Wywiad Polski − to dziś wiadomo na pewno − rozpoznał w 1939 roku dokładnie 70 proc. niemieckiego ugrupowania bojowego. To znaczy: co do tej części Wehrmachtu wiedzieliśmy dokładnie, jakie jednostki gdzie zostały rozstawione. Resztę określono szacunkowo, jak się okazuje, dość trafnie. Beck, Mościcki i Rydz Śmigły wiedzieli więc nie tylko, że sojusznicy z pomocą nie przyjdą, wiedzieli też, jaka jest siła Niemiec. Tymczasem armia polska nie była zupełnie do wojny z Niemcami przygotowana. Była gotowa do wojny z Rosją – stąd, na przykład, a nie, jak się przyjęło w stereotypie, z zacofania, jej oparcie na trakcji konnej i kawalerii, w owych czasach znacznie droższych w utrzymaniu, niż wojska zmotoryzowane. Na wojnę z Niemcami nie mieliśmy nawet ogólnego planu. Każdy w minimalnym stopniu odpowiedzialny przywódca musiał zapoznawszy się z realiami owego czasu powiedzieć: nie mamy szans, trzeba się poddać.

 

Nawiasem − czy apologeci Becka czytali pamiętniki Churchilla? Ów niezłomny Churchill, który gotów był walczyć na plażach, ulicach i podwórkach, który obiecywał pot, krew i łzy, mówi tam wprost: gdyby Hitler zdobył broń atomową i wycelował ją w Londyn, nie mielibyśmy wyjścia, musielibyśmy się bezwarunkowo poddać. Beck na jego miejscu by się nie poddał. Beck po prostu doprowadził by do zagłady, w imię honoru, samemu zawczasu nawiawszy w jakieś bezpieczne miejsce − oczywiście, po to, by stamtąd dalej prowadzić walkę.